Czasem zdarza się rzadko, że w starym, zużytym słowie otwiera się czeluść, w którą można zajrzeć. I tak przed tym ogniem zrozumiałem, czym jest otchłań o nazwie „nigdy”. Na ziemi żyją i będą żyli niezliczeni ludzie: znani i nigdy nie spotkani, młodzi i starzy, przyjaźnie i wrogo nastawieni, religijni i zwalczający religię, kierujący się uczuciami i ufający tylko rozumowi… a jednak w tej wiecznej kolejce czasu nigdy już nie ujrzę człowieka, którego kochałem tak głęboko, że sam tego nie pojmowałem.
Tak samo miłujemy ziemię, wszechobecną i oczywistą, nie zauważając jej, choć jest konieczna. Tak samo jesteśmy wdzięczni, niewdzięczni za powietrze, które nas otacza, i którym życiodajnie oddychamy. Wartość wszystkiego poznajemy najbardziej wtedy, gdy to tracimy. I tak było w tej chwili – wspomnienie bolesne, bo straciłem wujka, lecz wraz z nim utraciłem także niewidzialną, potężną wiarę młodości: wiarę, że nic się nie oprze, że wszystko zdobędzie, że z niczego nie będzie musiała rezygnować, że trwać będzie jakby czas nie istniał.
A jednak jest to wspomnienie cenne. Takie chwile czynią człowieka silniejszym i oczyszczają go. Myśl o świecie pełnym wyłącznie szczęścia może zrodzić się jedynie w umyśle człowieka lekkomyślnego, bo nawet w najdoskonalszym wyobrażonym świecie wciąż rozpościerać się nad człowiekiem niebo bezgranicznego kosmosu, pełnego zagadek swej nieskończoności w przestrzeni i czasie. A te zagadki niosą niepokój – i dobrze, bo on zmusza nas do myślenia. A myślenie ma przyszłość, jak to uważa pewna Pocieszycielka. A nawet otchłań „nigdy”, jest skończona, jak uważa pewien Pocieszyciel.